Napędzają mnie zrywy. 

Można powiedzieć, że swoje projekty i życie popycham do przodu za pomocą sumy małych zrywów. Przeskakuję z jednego na drugi, jak ścigany przez gigantyczną kulę Crash bandicoot. Skaczę z jednej półki skalnej na drugą, jednego oddechu na drugi, łapię jeden dzień nim zdąży mi go zabrać noc.

Z zaskoczeniem mogę jednak stwierdzić, że przytrafia mi się to zaskakująco regularnie. Przy odrobinie humoru i z wielkim przymrużeniem oka, pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że zakrawa to o jakąś wypaczoną systematyczność. Coś na wzór najbardziej stałej rzeczy w ZSRR czyli chwilowych trudności.

.

Ostatni rok to dla mnie prawdziwa kompresja czasoprzestrzenna, przy których pandemia jest  tylko końcowymi smagnięciami pędzlem po płótnie.

Mam wrażenie, że przez 33 lata podskakiwałem sobie wesoło, po skąpanej w słonecznym blasku, zielonej dolince. Z haśną piosnką na ustach, pałętałem się bez celu to tu, to tam. Może trzymałem koszyczek dla babci, a może nie, bo kto posłałby mnie z jedzeniem dla kogoś w daleką drogę i nadzieją, że go nie tknę. Aż tu nagle. Jeb! Dobiegłem do krawędzi i nagle się okazało, że to takie szare w oddali, to wcale nie góry tylko mury Mordoru. I mina mi zrzedła. Bo nim zorientowałem się, że ktoś zachodzi mnie od tyłu, życie zdzieliło mnie po głowie. Gdy się ocknąłem, byłem na nowym mieszkaniu z dwójką dzieci. Kiedy to się stało? Nie wiem?

Przez moment myślałem, że potrafię się bronić, ale nie. Jednak nie potrafię. Mam niby swoje projekty, które utrzymują mnie na powierzchni zdrowego rozsądku, ale jest ich już coraz mniej, bo czasu teraz jak na lekarstwo, a ja nigdy nie futrowałem się pigułami.

.

Przychodzi wieczór i dopijam pierwszą herbatę (naturalnie już zimną) i potwornie zmęczony ale za to z poczuciem głębokiej satysfakcji  zasiadam do klawiatury. To bardzo dziwne uczucie, które na razie wymyka mi się poza standardowy schemat poznawczy. Bo albo moje narzędzia nie są już tak dobrze skalibrowane jak kiedyś, albo okazało się, że nie potrafią mierzyć aktualnej i niezdefiniowanej jednostki. Ale jak już siadłem do lapka, to chociaż poudaję, że piszę. Przecież czarny pas prokrastynacji nie wylądował na moim pasie przez przypadek.

A że nigdy nie potrafiłem czytać tylko jednej książki w tym samym czasie, to nie wiem dlaczego łudziłem się, że z pisaniem, będzie inaczej. Jeśli jesteście ciekawi nad czym pracuję, gdy uda mi się już zwalczyć sen i pilną potrzebę nadrobienia zaległości na Netflixie, to zwyczajnie napiszcie. Nie obiecuję, że odpowiem natychmiast, ale zrobię co w mojej mocy. A moc jest we mnie silna.

.

Czego mi najbardziej brakuje?

Ludzi, i.... jest dla mnie dużym zaskoczeniem, bo zawsze miałem siebie raczej za odludka, któremu potrzeba jedynie chatki w lesie z dostępem do Internetu. Brakuje mi interakcji, bliskości, warsztatów i samej capoeira. Mam wrażenie, że relacje między tak zwanymi „przyjaciółmi” trochę mi się rozmyły. W ramach autorskiego programu samodoskonalącego i naprawczo-rozwojowego, wdrożyłem wprawdzie zasadę, quality over quantity, coby ratować sytuacją, ale napędzające się przestoje w fizycznym kontakcie nieźle mieszają i dokładają do pieca.

Brakuje mi też muzyki. Czasu na jej szukanie i delektowanie się znalezionymi perłami. Dlatego nieskromnie poproszę, jeśli to czytasz, weź i podeślij mi jakiś utwór na urodziny. Ale taki, który ostatnio wywołał u Ciebie ciarki. Jestem spragniony muzycznych podróży i przeciągłego impulsu, który zjeży mi skórę od karku do przedramion.

.

I…. jeśli Akceptacja jest Młodą Parą, która dumnie kroczy od ołtarza codzienności na spotkanie z nowym życiem, to Adaptacja jest jak dziewczynka, która niewinnie tańczy przed nią,  i rzucając  pod nogi płatki kwiatów, jest absolutnie nieświadoma, że to dance macabre. Wszyscy go tańczymy, ale każdy do innej melodii. Ja mam w głowie: Taniec Eleny z filmu: "Bandyta". Capoeira uczy adaptacji. No więc gramy na zmienionych warunkach w nowoczesne Jumanji. Plansza zmienia nam się z tygodnia na tydzień. Z obostrzenia na obostrzenie, z kroku na krok, przyspiesza muzyka, a my staramy się za nią nadążyć, by nie zgubić rytmu i folw i nie zadeptać partnerki.

.

Z okazji własnych urodzin chciałbym na chwilę zamknąć oczy i z dziecięcym optymizmem zdmuchnąć świeczki na torcie z mascarpone. Otworzyć oczy i spojrzeć ufnie w przyszłość. Zapomnieć o konsekwencjach, braku pracy, obostrzeniach, kulejącej gospodarce, presji, polityce i wielopłaszczyznowych wątpliwościach, które kolebią się po głowie. Chcę wierzyć, że wyjdziemy z tego doświadczenia odmienieni i silniejsi. Chcę wierzyć (a w tle niech poleci muzyka Z Archiwum X)

Chciałbym zostać zaskoczony przez „dorosłych” którzy sterują naszym krajem. Chciałbym poczuć się bezpiecznie, ale żeby to bezpieczeństwo nie wynikało z nieświadomości zagrożenia, tylko stanowczości „dorosłych” i słowach typu: „Nie bój się chłopcze, mamy wszystko pod kontrolą”. A wiemy, że nie mają i nawet jakoś przesadnie nie udają, że mają. 

Tymczasem mam wrażenie, że Rząd dostał scenariusze kolejnych odcinków „Black Mirror” i nieświadomy zaistniałej pomyłki, wdraża w życie scenariusz serialu. Wyglądam przez okno i widzę jak absurd dosiada idiotyzm i gonią się wokół drzewa z mrzonkami jakiegoś pokurczonego fanatyka rozpiętego, jak marionetka, na sznurkach większego gracza. Totalny obłęd.

.

Dekameron powstał w czasach zarazy. Moja walka z demonem pandemicznej frustracji dobiegła już na szczęście końca i myślę, że podobnie jak Boccaccio pokonałem go właśnie dzięki humorowi. Wszystko zaczęło się od nazwania problemu i wyznaczenia drogi (chciałbym powiedzieć na szczyt ale chodzi mi raczej o taką wyciągającą mnie z labiryntu własnej niemocy). Droga ta wiodła przez wszystkie etapy żałoby po utracie każdego aspektu wolności. Finalnie jestem wdzięczny, za możliwość spędzenia bezcennego czasu z rodziną oraz sposobnością do wzrostu (ale mówię to dopiero z perspektywy czasu)

Sytuacja bez wątpienia postawiła mnie pod ścianą i powiedziała: "Jak ktoś się nie zgadza, krok w tył" I jakoś nie było wtedy mądrego by przypomnieć, że stoimy pod ścianą. Doświadczyłem samotności (która tak dalece różni się od przepięknego uczucia pozostawania samego ze sobą). Nazwałbym bym więc to odosobnieniem, gdyby to słowo również nie kojarzyło mi się bardzo dobrze. I chociaż nie mam właściwego słowa to, zwróciło mi ono uwagę na cierpienie starszych ludzi, którzy zmagają się z nią (samotnością/osamotnieniem) przecież nie tylko w czasach pandemii. Unaoczniło mi również, że wobec katastrof takich jak ta, nie wszyscy jesteśmy równi.  

.

Na przykładzie rodzicielstwa widzę, jak wszystko przychodzi do nas we właściwym czasie.

Chociaż wydawało mi się, że kilka lat temu byłem gotowy, no cóż…. Nie byłem. Wydawało mi się.

Doświadczając tego zderzenia "chciejstwa" z rzeczywistością, myślę, że dużo łatwiej przychodzi mi zaakceptowanie całej reszty (oczywiście poza tymi rzeczami, z którymi bardzo mocno się nie zgadzam). Bycie tatą daje mi też niezły podgląd na to, jak nowa dla nas dziedzina staje się doskonałym pryzmatem, który możemy zastosować do pogłębiania wiedzy o innych gałęziach, życia. 

Spektakularne odkrycie to nie jest, ale bardzo satysfakcjonujące (coś pokroju zagadnienia matematycznego, które zrozumieliśmy za dziesiątym razem i wciąż nie możemy uwierzyć jak bezsensownie mózg zmagała się z przyswojeniem tematu).

.

A…. (pozwolę sobie westchnąć). Chciałbym być tak zorganizowany, żeby tak jak Boccaccio  przekuć czas pandemii w jakąś kreatywna opowiastkę. Ale pisanie przychodzi mi teraz z trudem. Nie chcę wypluwać z siebie rozdziałów, tylko czerpać przyjemność z ich tworzenia (tak jak z tego tekstu, który zawsze jest dla mnie swoistym uporządkowaniem myśli z ostatniego roku, których nie zamknąłem w formie wierszy). Z drugiej strony, kiedy nie mogę robić swojej capoeira w normalny sposób, a i pacjenci trochę sceptycznie podchodzą do pracy fizjoterapeuty, pozostają mi właśnie moje książki.

Może to jest właśnie szansa bym nauczył się trochę w autopromocję? A zachęcony sprzedażą zasiadł do kończenia rozpoczętych książek?

Jeśli znacie jakiegoś speca od marketingu internetowego, jestem otwarty na propozycje.

.

Tymczasem może potrzebujecie pokonać nudę kwarantanny lub kupić świąteczny prezent dla siebie albo przyjaciela? Moja przygodowa humoreska fantasy i tomik wierszy czekają na Ciebie właśnie tej stronie. (No i już po krzyku. Powiedziałem, najwyżej nikt nie skorzysta z zaproszenia.)

.

Pewnych rzeczy nie da się pokonać małymi krokami. Może przepaści takie jak ta trzeba przeskoczyć jednym susem? Można tego dokonać z kalkulatorem w ręku, albo za pomocą skoku wiary. I do tego potrzebna mi będzie dziecięca siła. Siła dla której człowiek w maseczce jest traktowany jak człowiek bez maseczki. Ta siła pozwala widzieć człowieka, którego my jako „dorośli ” przez całe to zamieszanie z pandemią, straciliśmy z widoku. Nie takiego jakim go widzimy, ale takim jakim jest.  

.

I chociaż tak bardzo muszę stać teraz dwoma nogami na Ziemi...

Z przyjemnością zamykam oczy i przeskakuję z łóżka na łódź niepewnie osadzoną na wzburzonym morzu. Z przyjemnością walczę ze smokami i przedzieram się przez dżunglę, by na chwilę wyglądnąć przez tarasowe okno i zobaczyć na niebie kurę lub pawia. Zawsze tak robiłem. Różnica polega teraz na tym, że nie robię już tego tylko dla siebie. Czeka mnie niezłe wyzwanie, żeby nie tyle co nauczyć dzieci patrzeć tak na świat, co nie pozwolić, by kiedykolwiek tak na świat przestały patrzeć.

Ps. Chociaż powoli z moimi przemyśleniami przenoszę się w to miejsce, będzie mi bardzo miło jeśli wrócisz na Facebooka (bo zakładam, że stamtąd przybyłeś) i zostawisz jakiś komentarz albo ślad swojej obecności. 

Wpadnij tu z czasem po więcej..W końcu ma szansę się rozwinąć, więc spotkasz tu więcej moich przemyśleń. (Ma szansę bo jeśli powiesz o swoim postanowieniu dużej ilości ludzi, to będzie ci głupio, jeśli się wycofasz)